W Lubinie pokojowy wiec rozpoczął się na pl. Wolności (dzisiejszy Rynek). Kiedy kilkutysięczny tłum rozchodził się już spokojnie do domów, funkcjonariusze milicji zaczęli miotać w jego kierunku środki chemiczne. Spychani w boczne uliczki demonstranci nie pozostali bezczynni, obrzucając napastników kamieniami. Wówczas ZOMO odpowiedziało ostrą amunicją, a działania milicji przeobraziły się
w bezwzględne polowanie na ludzi. Bilans zakończonych w późnych godzinach nocnych akcji był tragiczny…

Prolog

Na terenie Zagłębia Miedziowego idea „Solidarności” od samego początku była bardzo żywa. W 1980 r. pracownicy KGHM-u uczestniczyli w lipcowych i sierpniowych strajkach, a w okresie karnawału „Solidarności” masowo wstępowali w szeregi niezależnego związku. Po wprowadzeniu stanu wojennego większość zakładów pracy ponownie ogłosiła strajk. Władza odpowiedziała brutalną pacyfikacją kopalni „Rudna”. Opozycja zeszła do podziemia, a Zagłębie Miedziowe pozostało bastionem oporu wobec komunistycznych władz. Kiedy pojawiły się apele władz podziemnej „Solidarności”
o uczestnictwo w manifestacjach z okazji drugiej rocznicy podpisana Porozumień Sierpniowych, wojskowa junta nie mogła mieć wątpliwości, że społeczność Lubina odpowie na nie pozytywnie.

Rynek (d.Plac Wolności) w dniu wydarzeń

Przebieg manifestacji

Manifestacji, której początek zaplanowany był na godz. 15.30, miały zapobiec lokalne siły milicji. Wchodzący w ich skład pluton NOMO dysponował bronią palną – pistoletami, pistoletami maszynowymi oraz ręcznymi wyrzutniami granatów łzawiących. Kiedy na pl. Wolności zaczęli gromadzić się ludzie, funkcjonariusze milicji wezwali tłum do rozejścia się. Lubinianie odpowiedzieli gwizdami. Skandowano hasła potępiające stan wojenny oraz odśpiewano hymn państwowy i „Rotę”. Na ulicy pojawił krzyż
z kwiatów oraz transparent „Uwolnić Lecha – Wolność dla ludu – Solidarność”. Dopiero po wygłoszeniu krótkiego przemówienia Stanisław Śnieg (współorganizator manifestacji) wezwał demonstrantów do rozejścia się.

Wówczas niespodziewanie oddziały NOMO ostrzelały tłum granatami łzawiącymi, a ludzie – wycofując się w boczne uliczki – próbowali obrzucać „służby porządku” kamieniami. Pokojowa manifestacja przerodziła się w chaotyczną bitwę uliczną.

Wkrótce do centrum Lubina przyjechały posiłki – pluton ZOMO z KW MO w Legnicy. To wtedy po raz pierwszy użyto ostrej amunicji. Kiedy demonstranci uciekali na pobliskie łąki, zomowcy rzucili się za nimi
w pościg. Bitwa uliczna zmieniła się w polowanie na ludzi – strzelano do każdego, kto pojawił się
w zasięgu ognia. Trzy osoby poniosły śmierć. Zbrodnicza akcja milicji zakończyła się w późnych godzinach nocnych.

W miejscach, gdzie ginęły ofiary milicyjnego polowania, powstawały symboliczne mogiły. Nazajutrz,
1 września, gromadziły się przy nich tłumy lubinian. Popołudniu przez ulice miasta przeszedł dziesięciotysięczny marsz protestacyjny, który także został zaatakowany przez „siły porządku”. Na milicyjne petardy, gaz łzawiący oraz armatkę wodną tłum odpowiedział kamieniami. Niepokoje trwały,
z różnym nasileniem, aż do 3 września.

“Krótka seria”

Sześciu mężczyzn: jeden, w okularach, biegnie przodem, za nim - czterej inni, niosący za ręce i nogi bezwładne ciało szóstego, śmiertelnie rannego Michała Adamowicza. Fotografia uwieczniająca tę scenę przedostała się za granicę i obiegła zachodnią prasę. Po prawie 20 latach Grzegorz Braun postanowił dotrzeć do autora słynnego zdjęcia, Krzysztofa Raczkowiaka. Podjął też próbę odnalezienia widocznych na fotografii mężczyzn…

Scenariusz i reżyseria: Grzegorz Braun

Produkcja: Telewizja Polska S.A. oddział we Wrocławiu dla Programu 2 (2001)

Relacje naocznych świadków

Mąż, Ryszard Bober, wrócił do domu i powiedział, że razem z kolegami był na tej manifestacji w rynku. Przez megafon mówili, że już wszystko skończone, więc on poszedł jakby nigdy nic do domu. Tymczasem ja wyszłam z dziećmi na spacer i nagle widzę: popłoch, ludzie biegną od rynku na osiedle i mówią, że strzelają, że tam już są zabici. Wróciłam więc do domu i opowiadam o tym mężowi. On na to mi mówi – „To jest niemożliwe, przecież ludzie zaczęli się rozchodzić, każdy szedł do domu”. Ale złapał za aparat fotograficzny i pobiegł. I dzięki temu narobił trochę zdjęć.

Irena Bober
(Archiwum Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”)

Najważniejsze zdjęcie mojego dotychczasowego życia – grupy mężczyzn niosących śmiertelnie rannego Michała Adamowicza – zrobiłem biegnąc razem z nimi. (…) Gdy biegliśmy – oni niosąc postrzelonego Adamowicza, ja z aparatem – nagle obok nas pojawiły się dwie milicyjne nysy. Zomowcy zaczęli z nich strzelać w naszą stronę. Biegnący z rannym upuścili go i schowali w zagłębieniu płynącego tam potoku. Padłem na ziemię z nimi i bałem się podnieść głowę – wokół świstały kule.

Krzysztof Raczkowiak
(K. Raczkowiak, Fotografia jak kamień, „Pamięć i Przyszłość” nr 2/2008, s. 46)

Popłoch się zrobił niesamowity, ale nie od razu, bo nikt się nie spodziewał, że to są ostre naboje. Dopiero jak kilku rannych padło, ludzie zaczęli uciekać (…) Jak oni zobaczyli, że ludzie uciekają (…), to wsiedli do nysek, chyba z pięciu. I ruszyli
w pościg za ludźmi. Na łąkach pod samotną brzozą postrzelili od tyłu chłopaka, tego młodszego z oficjalnej listy.

Anonimowy świadek
(A. Krajewski, Lubin ‘82‘ , „Vacat” nr 39-40/1986, s. 68)

Miejsca wydarzeń

Legenda
Andrzej Trajkowski
Mieczysław Poźniak
Michał Adamowicz

Epilog

Już 31 sierpnia, w związku ze śmiercią trzech demonstrantów, w Lubinie pojawił się prokurator wojskowy. Jednak jeszcze tego samego dnia rozpoczął się systematyczny proces zacierania śladów zbrodni. Ostatecznie w kwietniu 1983 r. śledztwo umorzono. Wznowiono je już po transformacji ustrojowej, w roku 1991. Po latach zapadły wyroki skazujące w stosunku do trzech osób za tzw. sprawstwo kierownicze. Funkcjonariusze milicji, którzy pociągnęli za spust, nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny...

Ofiary

Michał Adamowicz
28-letni elektryk z Zakładów Górniczych w Lubinie, członek „Solidarności”. Zmarł 5 września 1982 r. w wyniku ran postrzałowych głowy. Osierocił dwoje dzieci.
Mieczysław Poźniak
26-letni robotnik
z „Elektromontażu” w Lubinie. Zginął 31 sierpnia 1982 r. od rany
postrzałowej w brzuch.
Andrzej Trajkowski
32-letni mechanik
z Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Instalacji Przemysłowych. Zginął 31 sierpnia 1982 r.
w wyniku rany postrzałowej głowy. Osierocił czworo dzieci (najmłodsze urodziło się już po śmierci ojca).